Gdy ลwiat coraz bardziej nakลania nas do umiaru, zbiรณr esejรณw Bekki Rothfeld dziaลa jak balsam na duszฤ wszelkich maksymalistรณw. W brawurowym stylu amerykaลska eseistka broni: ลakomstwa, zbieractwa, chaosu, karnawaลu, ekstazy, retorycznej przesady, a nade wszystko niczym nieskrฤpowanego zachwytu. Sprzeciwia siฤ wspรณลczesnym kodeksom postepowania, wedลug ktรณrych kluczem do szczฤลcia jest minimalizm. Bez pardonu dworuje sobie z Marie Kondo i wspรณลczesnych odgracaczy wnฤtrz, ktรณrzy nie tylko zamieniajฤ indywidualne mieszkania w zimne, nijakie przestrzenie, lecz rรณwnieลผ zuboลผajฤ nas duchowo, czyniฤ c nasze ลผycie tak niewaลผkim, ลผe bez ลผalu bฤdziemy mogli je porzuciฤ. Obrywa siฤ w tej ksiฤ ลผce wspรณลczesnym purytanom, dla ktรณrych akt seksualny bez dosลownie zwerbalizowanej zgody jest czymล nagannym. Zgody na co? โ pyta autorka. Czyลผ prawdziwie udany seks nie jest zawsze transgresjฤ i transformacjฤ ? Nigdy nie wiemy, jakie pragnienia w nas obudzi i w jaki sposรณb nas przemieni. Wreszcie Rothfeld nie zostawia suchej nitki na modnej praktyce uwaลผnoลci. Mindfulness jest przecieลผ niczym innym jak sprzฤ taniem wลasnego umysลu z osฤ dรณw i ocen. Czy z tak wypranym mรณzgiem bฤdziemy chcieli zmieniaฤ ลwiat na lepsze? Czy raczej staniemy siฤ sprawnymi trybikami w machinie kapitalizmu?
โWszystko to zbyt maลe. Eseje ku chwale nadmiaruโ zrywajฤ z politycznฤ poprawnoลciฤ , ukazujฤ c nam, ลผe lewicowa obsesja egalitaryzmu w ลผyciu prywatnym i sztuce jest kompensacjฤ braku spoลecznej oraz ekonomicznej rรณwnoลci. Rothfeld potrafi poลฤ czyฤ Simone Weil z Davidem Cronebergiem, Georgesa Batailleโa z ruchem Me Too, Ottessฤ Moshfegh z IKEฤ, a Sally Rooney z โPiฤฤdziesiฤcioma twarzami Greyaโ โ wszystko po to, by utwierdziฤ nas w przekonaniu, ลผe jak dลugo mamy pragnienia oraz wydajemy miลosne i estetyczne osฤ dy, tak dลugo ลผyjemy.

